poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - zimowy sen





Początek zimy 2009 – 2010 był rajem dla Alissy. Tyle śniegu napadało. Panna Psica znów wykopała sobie śnieżne komnaty pod jałowcami na froncie domu.
Ceci wróciła do domu i chociaż powoli, mogła wyjść z chodzikiem na werandę i potarmosić sunię po łebku.

Jednocześnie sunia zaczęła oddychać z coraz większym trudem. Gdy zabierałam ją w największe mrozy do przedpokoju, kładła się z głową w kierunku nieszczelnych drzwi, żeby choć trochę chłodniejszego powietrza złapać.
Prześwietlenie wykazało, że ma chłonniaka na tchawicy. Bardzo niewiele jadała. Doktor Darek zauważył, że bardzo schudła i zalecił podawanie jej tłustszego jadła. Uprzedził, że trzeba będzie pomyśleć o eutanazji, ale tę sugestię odrzuciłam na razie. Kupowałam jej boczek i początkowo smakował on Alissie. Z czasem i boczek jej już nie kusił.
Tak przetrwałyśmy do lutego.
Alissa była coraz markotniejsza i coraz więcej czasu spędzała w swojej jurcie, nie wychodząc na zewnątrz.
W dniu 23 lutego Ceci zadzwoniła do mnie do pracy, że Alissa nie pojawiła się cały dzień na zewnątrz. Gdy wróciłam do domu i zajrzałam do jurty, leżała tam i ciężko dyszała. Miała smutne, zrezygnowane oczy.
Zadzwoniłam do Lecznicy i poprosiłam o przyjazd lekarza celem uśpienia Alissy. Nie wiem, może mogłam z tym poczekać jeszcze parę dni, ale bałam się, że Panna Psica zacznie się dusić, gdy mnie nie będzie w domu i odejdzie w męce.
Po kilkunastu minutach przyjechała Doktor Ania Czarna, która wiele lat temu leczyła sunię, gdy podejrzewałyśmy, że jest szczenna. Teraz miała ją uśmiercić, bo tym jest przecież eutanazja…
Alissa wyszła z jurty i słabo zaszczekała, po czym usiadła na swoim dywaniku przy drzwiach. Pani Doktor zaczęła przygotowania: wygolenie łapy, jeden zastrzyk.
Przypuszczalnie psy czują, kiedy zbliża się ich koniec. Alissa też wyczuła. Zaskamlała cicho.
- Cicho, Ali. Nic nie będzie bolało – łagodnie powiedziała Pani Doktor.
Uklękłam obok Panny Psicy i wzięłam ją w objęcia. Następny zastrzyk i duże ciało mojej suni zwiotczało mi w ramionach. Koniec.
Pochyliłam się nad nieżywą Alissą i zapłakałam.
- Ona nic nie poczuła - Pani Doktor powiedziała pocieszająco, po czym zabrała swój ekwipunek i odjechała.
Chwilę jeszcze płakałam. Drzwi wejściowe się uchyliły i ukazała się w nich Ceci. Spojrzała na Alissę i wyszeptała:
- Biedna stara psica
Po czym się schyliła i pogłaskała ją po łebku.
Dwa dni wcześniej sunia skończyła 11 lat.

Poprosiłam sąsiada o pomoc w pochowaniu Alissy.
Przenieśliśmy ją na kocu za dom na południowy trawnik i tam został wykopany grób dla Panny Psicy. Okazało się, że pod śniegiem ziemia jest całkiem miękka, więc można było dokonać przyzwoitego pochówku.
Wiosną przesadziłam na grób Alissy rozłożysty cis.
Jakiś czas później zamówiłam granitową tabliczkę z napisem:
Alissa I
1999 – 2010

Alissa I - c.d.





Miesiące i lata mijały. Alissa spowolniała i najczęściej wylegiwała się na słońcu wiosną i latem. Upały źle znosiła, bo miała gęste długie futro. Najbardziej lubiła zimę. Każdy śnieg witała z zadowoleniem, a gdy odśnieżałam podjazd, czy naszą część drogi, kładła się na białym puchu i broniła go przed odgarnianiem.
Którejś śnieżnej zimy zrobiła sobie w nim jamę pod rozłożystymi jałowcami rosnącymi na froncie. Śnieg utrzymywał się po stronie północnej długo i sunia mogła się cieszyć swoim gniazdem do wiosny.

Zimą 2008 odszedł mój Tata i nie wiem, czy Panna Psica odczuwała jego brak. Często, gdy nocował u nas, zabierał ją wczesnym rankiem na spacer i brnęli obydwoje po mokrej jeszcze od rosy trawie po naszych włościach. Teraz zniknął z naszego życia i mi brakowało go bardzo.

W maju 2008 uśpiłam chorą na FIV-a Misię, której już nie dało się dłużej leczyć. Tylko kot Agis i Piesio zostały Alissie do towarzystwa. Misia spoczywa snem wiecznym pod starym jaśminem.

Zwierzaki stanowiły dla nas, a dla mnie na pewno, dużą przyjemność, bo lubiłam szwendać się z moimi dziewczynkami po polach (jeśli nikogo nie było na horyzoncie), ale były też przeszkodą, żeby gdzieś wyjechać, oderwać się od wszystkiego.
Gdy w 2005 wyjeżdżałam z moją młodszą bratanicą do Tunezji na 2 tygodnie, do pomocy Ceci przy zwierzakach zainstalowałam w domu starszą bratanicę.
Tak samo było w 2009, kiedy 3 przyjaciół Irlandczyków z Anglii przyjechało w odwiedziny i na kilka dni ruszyliśmy wypożyczonym fordem fokusem w Polskę. Ceci zbliżała się do 80-tki i nie chciałam jej zostawiać z całym dobytkiem samej.
Ale niejednokrotnie, gdy nie miałyśmy ochoty organizować kolacji wigilijnej dla całej rodziny, marzyłyśmy sobie, żeby gdzieś wyjechać i zostawić im dom do dyspozycji. Niech sobie gospodarzą!!!  Ale zwierzaki; nimi nikt by się nie zajął. Tyle razy teść brata zapraszał nas z wizytą do Suwałk i zawsze odmowa była umotywowana tym samym powodem: Kto się zajmie naszym dobytkiem.
Sądzę, że o tym powinni pamiętać ludzie, którzy biorą sobie zwierzątko do domu, bo jest takie ładne itp. Potem przychodzą wakacje i zwierzątko ląduje przywiązane do drzewa przy szosie, albo jest wyrzucane z pędzącego samochodu gdzieś na zadupiu.



Zimą 2009 Alissa wybiegła z działki wieczorem i powróciła z przebitą łapą. Gdy zorientowałam się, że krwawi (jej posłanie było całkiem poplamione), sunia miała już taką dawkę adrenaliny, że nie dała sobie opatrzyć rany.  Odziałam się czym prędzej i ruszyłyśmy do Lecznicy. Panna Psica tak galopowała, że myślałam, że mnie przewróci na wyślizganym śniegu. W Lecznicy Vetowie zadecydowali, że łapa musi być  zszyta i sunia zostanie na noc.
Odebrałam ją następnego dnia po pracy. Zalecono, żeby zasłaniać opatrunek, aby go nie zrzuciła. Dobra rada! Nie pomogły skarpety nakładane na łapę i przyklejane przylepcem powyżej jej łokcia. Alissa tak lizała łapę, że ‘przylizywała’ i skarpety i w końcu szwy się rozeszły. Nie było sensu usypiać jej ponownie, aby zakładać drugie szwy; rana musiała się zagoić naturalnie. I zagoiła się, tyle, że sunia miała już na zawsze bliznę na łapie, która nie zarosła futerkiem.

Jesienią 2009 Ceci przewróciła się nieszczęśliwie i złamała sobie żebra, kość biodrową i kilka innych drobiazgów. Pogotowie zabrało ją do szpitala, po czym odwiozło po zrobieniu i analizie zdjęć; miała leżeć w domu i się zrastać. Problem w tym, że mnie nie było 10 godzin w domu, Markiz też pracował, a ktoś powinien mieć na nią baczenie w okresie zrastania i zdrowienia. Po wielu poszukiwaniach udało nam się umieścić Ceci w Domu Pogodnej Starości prowadzonym przez zakonnice, 5 minut samochodem od nas.
Zostałam sama ze zwierzakami, ale z dużą Alissą czułam się spokojna w naszym domu. Z Ceci byłam w ciągłym kontakcie, prawie codziennie ją odwiedzałam. Siostry troskliwie się nią zajmowały i kiedy potrzeba organizowały wizyty lekarza. Ceci była też wożona na oględziny swoich złamań.

W międzyczasie zorganizowaliśmy malowanie i przemeblowanie pokoi Ceci. Alissa była bardzo zadowolona, że tyle rodziny się najechało. Była to dla Panny Psicy miła odmiana po samotnych dniach spędzanych bez Ceci, Piesio bowiem, jak przystało na ciepluszka, spędzał dnie w domu.

Alissa I - c.d.





Gdy Alissa zaczęła się już normalnie poruszać, wznowiła swoje rundy przed domem. Wydeptywała też trawę przed swoją budą, więc zdecydowałyśmy zrobić jej tam chodnik. Był to ok. 8-mio metrowy i szeroki na 30 cm łuk z kostki ułożony przez zaprzyjaźnionego Ukraińca – Wołodię. Był ułożony tylko na piasku, jak to kostka i nie było potrzeby zabezpieczać go cementem. Pamiętam, że wtedy Trybunał Konstytucyjny wydał jakieś sensowne orzeczenie i Tata nazwał ten chodnik Aleją Trybunału Konstytucyjnego. Alissa zdawała się doceniać zaszczyt biegania po takiej znamienitej alei.

Piesio przez pierwsze miesiące swojego pobytu na naszej działce zajmował się wygrzebywaniem zakopanych przez Alissę w ciągu minionych lat kostek cielęcych, które jej kupowałyśmy żeby wzmocnić jej klapnięte lewe ucho. Alissa nie była zainteresowana znaleziskami. Maluch więc rozprawiał się z nimi sam.

Na spacery chodziliśmy teraz w czwórkę: Alissa, Piesio, Kumpel i ja. Piesio na ogół wysuwał się na pozycję przywódcy. Alissa nie dbała o to.  Piesio dumnie nosił w zębach moją szpicrutę, dopóki jej nie złamał i nie pogubił.

W lecie złożyła mi wizytę koleżanka z byłej pracy, mieszkająca w USA i robiłam jakieś zdjęcia: Ela, Alissa i mały Piesio. I dopiero oglądając te zdjęcia po jakimś czasie zauważyłam, że Alissa ‘posunęła’ się w latach. Tak to przynajmniej wyglądało na zdjęciu. Mordka jej już nie była mordką młodego psa, a przecież miała dopiero 6 lat i była panią w średnim wieku…. Nie wiem, czy ta operacja i ból związany z dysplazją stawu biodrowego, tak bardzo ją postarzyły, ale wydawała się już starszawą sunią.

Wyrychtowałam sobie stary rower ‘Junior’, na którym uczyłam się jeździć w wieku 7 lat i wymyśliłam sobie, że będę wojażować po polach w towarzystwie moich dziewczyn. Ale nie wyszło, bo Alissa bardzo się męczyła, a gdy ją zostawiałam i zabierałam tylko Piesio, siedziała przy ogrodzeniu i skomliła żałośnie, więc zrezygnowałam z roweru.



Kiedyś w trakcie powrotu z pól, gdy już byłyśmy na rodzinnych polach, suka wilczyca wyskoczyła przez otwartą bramę z mijanego domu i bez uprzedzenie rzuciła się na Alissę. Panna Psica zaatakowana niespodziewanie od słabszej (lewej) flanki znalazła się na grzbiecie, a wilczyca Tara sięgała jej zębami do gardła. Po pierwszym momencie osłupienia, z wrzaskiem rzuciłam się w sukurs mojej suni. Złapałam wilczycę za skórę na karku i zaczęłam ją odciągać od Alissy (później sobie przypomniałam, że uszy byłyby wrażliwsze).  Nie wiem, na ile zdałyby się moje bohaterskie wysiłki, gdyby nie właściciel wilczycy, który podbiegł do nas i oderwał wściekłą agresorkę od mojej suni. Sumitował się, a jakże…
Przez długi czas później chodziłam na spacery z psami z dość grubym kijem i marzyłam, żeby Tara nawinęła mi się pod niego.



W pewnym czasie zauważyłyśmy, że Alissa strasznie dyszy po spacerach i zaczęłyśmy ją obserwować. Rzeczywiście, bardzo się męczyła nawet po przebiegnięciu kilku rund w ogrodzeniu. Wizyta w Lecznicy i badanie przez Vetów ujawniły prawdopodobieństwo choroby serca. Ponieważ Alissa nie jeździła samochodem i nie mogłam jej zawieźć do psiego kardiologa, Doktorostwo zaprosili na kawę swoich przyjaciół, którzy przyjechali z aparaturą, żeby zbadać sunię.
Po EKG, pani Doktor Kardiolog poprosiła o odprowadzenie Alissy do domu, żeby się nie denerwowała i sama w tym czasie zaczęła robić obliczenia.
Gdy wróciłam, miałam już gotowe recepty z dawkami stosownymi do wielkości i wieku mojej Panny Psicy. Alissa miała brać leki, jakie brała moja Babcia na swoje serce w wieku 70 lat.

Gdy opowiadałam moim koleżankom z pracy o tym badaniu, jedna z nich (która też cierpi na chorobę serca), poprosiła:
- Daj mi proszę namiar na tego kardiologa. Ja sama chciałabym, żeby mój lekarz potraktował mnie z taką atencją, jak twoją sukę.


Alissa I - c.d.





Około 5-go roku życia Alissa zaczęła lekko utykać na lewą tylną łapę i wykazywać mniejszą skłonność do ruchu.  Badania Vetów wykazały, że sunia ma dysplazję stawu biodrowego, chorobę dość powszechną u ras szybko rosnących. Przez pewien czas podawaliśmy Pannie Psicy środki przeciwbólowe, ale wreszcie wiosną 2005 zdecydowaliśmy się na operację.
Jeśli oczekiwałam, że sunia wyjdzie z Lecznicy na czterech łapach, to srodze się zawiodłam. Alissa już nie kulała; ona po prostu kicała na 3 łapach. Czwarta – operowana, wisiała w powietrzu. Jakoś doczłapałyśmy do domu i sunia zwaliła się zmęczona na swoje legowisko. Nadal była na proszkach przeciwbólowych i miała na nich pozostać do końca życia. Naprawdę nie zauważałam, żeby jej komfort życia tak bardzo się podniósł; poprzednio, chociaż ostrożnie, używała chromej łapy. Po operacji wcale jej nie używała. Biorąc pod uwagę, że operacje była dość kosztowna, byłam wkurzona i nie kryłam tego przed Vetami.
Usłyszałam, że potrzebne jest długa rehabilitacja. Jaka rehabilitacja, do ku… nędzy. Miałam ją do Konstancina wozić, czy prywatnego terapeutę nająć. Prawdę mówiąc, gdybym wiedziała, że  taki będzie rezultat operacji, to chyba bym Pannie Psicy oszczędziła bólu.

Czas mijał , a my człapałyśmy więc powolutku na niedalekie spacery. Alissa nadal nie używała operowanej łapy, ale nauczyła się dość zgrabnie biegać na pozostałych trzech.

W czerwcu mały kundelek Kropka (dziewczynka) wybrał sobie nasz dom i przeniósł się na naszą działkę z działki sąsiadów kilka domów dalej:  gdy mijaliśmy  z Alissą i Kumplem dom sąsiadów szary szczeniak z czarnymi kropkami na nasz widok zaczął po szczenięcemu ujadać; zagadałam do pieska przez ogrodzenie, a on niewiele myśląc przecisnął się między sztachetami ogrodzenie (ok. 15 cm) i podreptał za nami. Przez moje ogrodzenie też się przecisnął i znalazł się na naszym podwórzu. Wzięłam szczeniaczka na ręce i odniosłam do właścicieli. Pani Zofia wyjaśniła, że Kropkę przyprowadziły jej sąsiadki, a znalazły go zagubionego przy pętli autobusowej.
Następnego dnia, gdy wyszłam z domu, znalazłam psiaka na werandzie, wijącego się z radości i merdającego energicznie ogonkiem. I tak było przez 2 tygodnie mojego urlopu, w końcu zdecydowałam się zaadoptować malca; jego właściciele przyzwyczajeni do dużego psa przyjęli moją decyzję z wyraźnym zadowoleniem.

Alissa zaakceptowała psiaka nad wyraz przychylnie. Taka odrobina nie mogła zagrozić jej pozycji. Zaczęła się z Piesiem (bo tak go przechrzciłam) bawić, kładąc się na ziemi, żeby zniżyć się do poziomu malca. Nawet nie zauważyłyśmy kiedy, chroniona operowana łapa zaczęła być coraz bardziej obciążana i używana. Piesio i jego zabawy stały się tą niezbędną dla suni rehabilitacją. Nigdy nie biegała już tak wspaniale jak dawniej, ale stała pewnie na czterech łapach i poruszała się normalnie.
Gdy jeszcze po jakimś czasie Pan Doktor Darek wynalazł jakiś nowozelandzki zastrzyk przeciwbólowy, który działał około miesiąca – 6 tygodni i można było oszczędzić Pannie Psicy wątrobę, nie karmiąc jej prochami przeciwbólowymi, byłyśmy wszystkie bardzo zadowolone.

Kiedyś bawiąc się zaczęły się przewalać na niedawno posadzonych płożących cisach przed domem i smagnęłam Alissę szpicrutą. Wyskoczyła na mnie z zębami i warknięciem.
- Będziesz na mnie warczeć zołzo jedna??? – zapytałam i smagnęłam powtórnie.
Do dzisiaj pamiętam te uderzenia i żałuję ich; w końcu byłam bardzo zadowolona, że dziewczynki się bawią, tylko wolałabym, żeby wybierały trawnik na miejsce swoich swawoli.

Alissa I - c.d.





Jak już pisałam, Alissa bardzo się bała dużych samochodów i strach ten z wiekiem zamienił się w silną agresję. Aż się pieniła z wściekłości, gdy śmieciarka lub szambiarka zbliżała się do naszej działki.
Bała się również burzy i grzmotów oraz sylwestrowych fajerwerków. Może dlatego, że miała stojące (no, prawie) uszy i hałasy te podrażniały jej bębenki. Najczęściej pierwsze pół godziny nowego roku spędzałam w przedpokoju z moją sunią, wtykając jej do dzioba smaczne kąski, aby odwrócić jej uwagę od dochodzącej zza drzwi  kanonady. Pamiętam, że raz owinęłam jej uszy i część głowy moim szalem, żeby hałas nie był dla niej tak uciążliwy; wyglądała jak wschodnia księżniczka z tymi jej pięknymi brązowymi oczami.
Dwukrotnie kupowałam dla niej jakieś ogłupiacze, ale nie zdawały za bardzo egzaminu, a po fakcie już, przez dwa dni była otumaniona. Zrezygnowałam więc.

Po uzyskaniu pełnej dojrzałości Alissa straciła swoją smukłość i stała się potężnym zwierzęciem. Gdy jesienią zaczynała porastać zimowym futrem, wyglądała jak niedźwiadek.
Zimą na jej karku pojawiało się szarawe futro, jak kołnierz i więcej szarej sierści miała też na całym grzbiecie.

Alissa nie wchodziła do domu. Kiedyś, jako młody pies (chyba nie miała roku), weszła do pokoju, w którym nocował mój Tata i położyła się obok jego łóżka. Na to Ceci powiedziała z wyrzutem: Alissa, tutaj się nie wchodzi.
I sunia wyniosła się z podwiniętym ogonem i nigdy więcej do domu nie weszła. Najdalej dokąd się zapuszczała to był zewnętrzny przedpokój. Wydaje mi się, że zorientowała się, że pod wewnętrznym przedpokojem jest piwnica osłonięta kratą i chodnikiem; bała się tej otchłani pod nogami i mimo, że ją kusiłam smacznymi kąskami, nigdy więcej nie weszła dalej.

Ceci miała fajny sposób dyscyplinowania Panny Psicy, gdy ta za bardzo rozrabiała. Mówiła głośno: Gdzie jest pas? (jak do dzieci, prawda).
Po czym odwracała się w stronę wieszaka, na którym wisiała smycz. I wydaje się, że nasza mądra sunia wiedziała, o czym mowa, bo najczęściej się nieco mitygowała.

Jak już wspominałam, Alissa bardzo garnęła się na zewnątrz i wychodząc lub wyjeżdżając samochodem trzeba było uważać, żeby nie wybiegła poza ogrodzenie. Kiedyś odwoziłam moją bratanicę samochodem do przystanku autobusowego i sunia wyskoczyła przed samochodem. Nie dała się zagnać do środka i biegła całą drogę przed nami jak straż przednia, co pewien czas oglądając się przez ramię, czy jedziemy za nią i machając dystyngowanie ogonem. Gdy Agnieszka już wysiadła z samochodu, chciałam do niego wciągnąć Alissę, bo wydawała mi się zmęczona. I chyba miała ochotę, bo była już 3 łapami w środku, ale strach zwyciężył i się wycofała.

Gdy Alissa miała ok. 4 lat zaczęła się moczyć. Przebywała na zewnątrz, więc nie robiła bałaganu w domu, ale nie chciałam, żeby spała na mokrym posłaniu, a zwłaszcza zimą. Okazało się, że cierpiała na przypadłość, która dokucza sterylizowanym sukom (ale również paniom po klimakterium) i zaczęła brać odpowiednie leki (ludzkie); najpierw raz w tygodniu, potem 2 razy. Pomagało.


Alissa I - c.d.





Alissa czasem korzystała ze swojej budy, która po licznych przenosinach wylądowała w końcu pod brzozą, ale jej ulubionym miejscem była nasza weranda. Z niej widziała kto się zbliża do furtki i mogła go stosownie obszczekać. Miała swój chodniczek za drzwiami i na nim najczęściej spała w ciągu dnia. Gdy zrobiło się chłodniej, a Panna Psica nadal urzędowała al fresco, zrobiło mi się jej żal i zbudowałam jej na werandzie jurtę: otoczyłam dwoma warstwami grubszego chodnika nogi okrągłego stołu, do środka włożyłam kilkakrotnie złożony dywan i tam sunia mogła przebywać w mroźne dni. Bardzo lubiła swój domek, bo była blisko drzwi i mogła wszystko mieć pod kontrolą. Zawsze już później kleciłam tę jurtę w październiku i Alissa nie mogąc się doczekać końca tej operacji, często wchodziła do środka nim psi pawilon był gotowy. Jurta była rozbierana najczęściej dopiero w kwietniu. Po jakimś czasie, gdy dywan służący za posłanie się wysłużył i został spalony na ognisku, sunia odziedziczyła mój materac wełniany; złożony na trzy części spokojnie ją mieścił i zapewniał ciepło.                  

Nadeszła pierwsza zima w życiu Alissy (tzn. urodziła się w lutym, ale okres zimowy spędziła jeszcze w swoim pierwszym domu).  Spadł śnieg i Markiz zauważył na nim czerwone plamy w trakcie spaceru. Jakoś tak nie od razu zorientowaliśmy się, że nasza sunia ma cieczkę; tak podświadomie oczekiwałam, że dopiero po roku coś takiego jej się przydarzy. Dopiero, gdy następnego poranka nasze podwórze było czarne od psich kawalerów, którzy poprzerywali aluminiową siatkę ogrodzenia, byle do naszej Panny Psicy się dostać, zaczęła nam się objawiać ponura prawda. Zamknęłyśmy Alissę w małej zagrodzie przy garażu z ogrodzeniem na 1,5 metra, ale w ciągu nocy i tak jeden artycha tam do niej dotarł. Nie wiedziałyśmy, co robić w tej sytuacji. W ciągu najbliższych dni psi adoratorzy się wykruszyli, tylko dwa uparte kundle sąsiada nadal urzędowały za bramą. Alissa szczekała, sąsiadka dzwoniła z pretensjami, a dwa psy wylegiwały się na drodze i również szczekały. Wymyśliłam sobie, że dam im środek nasenny, który sama brałam: rozdrobniłam pastylki, zmieszałam z wodą na papkę i strzykawką wcisnęłam w parówki. Psy zjadły …. i nic. Nawet się nie zdrzemnęły na godzinę. Widać uczucia okazały się mocniejsze.
Zaprowadziłam Alissę do Lecznicy w nadziei, że jakimś badaniem ustalą, czy jest już szczenna, czy nie. Okazało się, że nie ma takiego badania. Panna Psica brała jakieś leki i czekałyśmy ze sterylizacją, aż sytuacja się wykluje, bo szczennej nie było możliwości operować. Trwało to kilka tygodni i wreszcie Doktor Ania zdecydowała się Alissę wysterylizować.
Sunia była dużym psem i padło na wyjątkowo ciepły dzień, więc zarówno zabieg, jak i okres gojenia przeszła ciężko. Ale była już wieczną Panną Psicą i żadne kundle nie miały jej w przyszłości niepokoić.

Alissa zawsze się wyrywała do furtki, więc trzeba było uważać, żeby się nie wymknęła, gdy się wychodziło lub wchodziło. Kiedyś wybiegła za moim Tatą, który odchodził do autobusu i z Kumplem pobiegła za nim. Miałyśmy z Ceci nadzieję, że wróci za jakiś czas, ale minęło 30 min, potem godzina i Panny Psicy nie było. Wsiadłam do dryndy i objeżdżałam uliczki nawołując mojej zguby. Alissa się nie pojawiła. Po jakimś czasie zauważyłam, że Kumpel sąsiadów wrócił, ale bez naszej suni. Dopiero wieczorem usłyszałam psy sąsiadów szczekające na naszej ulicy i wyjrzawszy przez okno na drogę zauważyłam ciemny cień. Sfrunęłam dosłownie do furtki i wpuściłam przestraszoną sunię do obejścia. Od tamtego dnia tym bardziej uważałyśmy, żeby Alissa nie dała dyla za ogrodzenie.
Kiedyś Ceci wynosiła wyrwane zielsko na palenisko na działce brata i Alissa wybiegła z nią. A na naszej prywatnej drodze odgrodzonej szlabanem, spacerowała jakaś gruba pańcia z dzieckiem w wózku. Kobieta krzyknęła na widok psa, a sunia podbiegła i chyba ją uszczypała w masywne udo. Nie wiem dokładnie, jak to było. Ceci odwołała Alissę i wróciła do podwórza. Za jakiś czas zadzwoniła sąsiadka z dalszej ulicy, że nasza Panna Psica ugryzła jej wnuczkę. Ceci oznajmiła, że nie zna jej wnuczki, a droga jest prywatna i nikogo za szlaban nie zapraszamy. Po powrocie z pracy powędrowałam do sąsiadów, żeby wyjaśnić sprawę. Grubaska nie powiedziała mi, jakie dokładnie rany poniosła przez zęby Alissy, ale opowiadała o kosztach dojazdu, obdukcji lekarza, lekach, które jej zapisano i zażądała 200 złotych tytułem zwrotu poniesionych wydatków. Zgodziłam się, że pokryję jej koszty i poprosiłam o rachunek za lekarstwa. Okazało się, że ich nie wykupiła jeszcze.
- Więc jak pani je wykupi, zwrócę ich koszt, a na razie daję 50 złotych jako zwrot koszów dojazdu do lekarza.  – powiedziałam.
Wieczorem przyszło mi do głowy, że dziewczyna może nie mieć pieniędzy na leki (miała męża nieroba) i zadzwoniłam, żeby zaproponować, że sama jej te leki wykupię.
Przy okazji porozmawiałam z jej matką, którą znam z dzieciństwa i której powtórzyłam, że chociaż mi przykro z powodu wypadku, nie widzę najmniejszego powodu obecności jej córki na naszym terenie.
Rachunku za lekarstwa nie otrzymałam do dziś. Sądzę, że jejmościanka chciała wyłudzić ode mnie trochę szmalu i tyle.
Usiłowałam jeszcze dowiedzieć się czegoś od lekarza, który ponoć opatrywał pogryzioną, ale dupek zasłonił się tajemnicą lekarską i tyle.
- Proszę zrozumieć, że chcę wiedzieć, czy moja suka wyszarpała tej pani pół szynki, czy tylko uszczypała – perswadowałam.
Bez skutku.
Chodziłam więc z Alissą do Lecznicy co kilka dni przez 2 tygodnie na obserwację i na tym się sprawa skończyła.

Alissa I - c.d.








Generalnie Alissa była dość zaniedbanym psiakiem, to znaczy dostawała dobre jedzenie, kostki cielęce, wychodziłyśmy z nią na spacery: Ceci bliżej w ciągu dnia, a ja na dalsze włóczęgi wieczorem w tygodniu oraz w soboty i niedziele. Ale nikt się za bardzo nie bawił z sunią, ani jej nie uczył. Kupowałam jej piłeczki i piszczące kostki. Jej ulubioną zabawką było piszczące udko i nieraz podchodziła do Ceci i ją szturchała tą zabawką, dopraszając się atencji i zabawy. Nie umiałam i nie miałam cierpliwości jej uczyć aportowania. Gdy rzucałam jej piłeczkę, brała ją w pysk i uciekała, a ja czasem ją goniłam.
Nadal gryzła, chociaż już trochę mniej.
Nie lubiła kąpieli i zawsze musiałam ją ubierać w kaganiec, żeby mnie nie capnęła zębami, a zęby miała piękne i mocne. Nie lubiła też czesania; wtedy najczęściej dawałam jej moją jedną rękę do gryzienia, a drugą operowałam szczotką.
Na spacery chodziliśmy w towarzystwie Kumpla, psa sąsiadów, niższego od Alissy. Bardzo dobrze się kolegowali i nieraz kopali razem wielkie doły na działce mojego brata w poszukiwaniu jakiegoś życia podziemnego. Widać im było wtedy z oddali tylko kupry z falującymi ogonami.
W lecie Ceci pojechała do sanatorium i Alissa sama urzędowała przez 2 tygodnie na działce. W tym czasie wykopała ogromną jamę przy ogrodzeniu sąsiadów; chyba chciała się dokopać do Kumpla. Jej inne wykopki, to dziura wielkości mogiły w naszym ogrodzie, której zasypanie zabrało mi mnóstwo czasu i kilka taczek ziemi przywiezionej z pól, bo pomimo starannego zagrabiania, nijak nie mogłam wyrównać terenu.
Z nudów też wykopała jedną z tuj przy południowym ogrodzeniu. Nie mogłam dostać drzewka zbliżonej wielkości, więc zakupiłam mniejszą, żeby dorosła, po czym okazało się, że jest zupełnie innego gatunku, bo na drzewach znam się tak samo dobrze jak na wychowaniu psów.
Alissa była jakoś naturalnie uodporniona na kleszcze. Wielokrotnie zdejmowałam z niej napompowane jej krwią centymetrowe bombki i nigdy nie miała babeszi.

Czas płynął i nasza Alissa była już prawie dorosłym, dobrze zbudowanym prawie owczarkiem niemieckim. Dużo ładniejszym niż jej matka, którą czasami mogłam oglądać przejeżdżając przez wieś w domu Pani Sołtys. Notabene, kiedyś widziałam całą masę czworonożnych kawalerów na tej działce, gdy jej suka miała cieczkę i żaden! żaden! nawet w przybliżeniu, nie przypominał owczarka niemieckiego. Dzięki Bogu, że nasza Alissa poszła w jakichś wcześniejszych przodków.
Sunia była też bardzo silnym zwierzęciem; na spacery zakładałam jej kolczatkę, bo w normalnej obroży nie byłam w stanie jej utrzymać na smyczy.  Zawsze rozglądałam się dookoła, aby na widok innego psa lub człowieka złapać ją na smycz, bo miała niemiły zwyczaj szczekania i rzucania się na inne psy, a zwłaszcza suki. Tylko jedną sukę lubiła – rotwajlerkę sąsiadów na działce – Korę. Z nią się ładnie bawiły i ganiały i moja sunia sobie zakodowała, że wszystkie psy tej rasy są do zabawy. Kiedyś w polu spotkałyśmy ludzi z dużym rotwajlerem o wściekłych ślepiach. Dwaj mężczyźni utrzymywali go na grubej smyczy. Moja Alissa podbiegła tanecznym krokiem do swojej Korusi, a panowie utrzymując z wysiłkiem szarpiącego się potwora, wysapali:
- Niech pani weźmie swojego psa. 
- Moja jest suką i pies powinien być wobec niej rycerski – odrzekłam błyskotliwie.
- On jest rycerski wobec swojej suki, ale wobec niej nie musi.
Zgarnęłam więc moją sunię na smycz i odeszłyśmy w swoją stronę. Zastanawiałam się później, co za głupotą jest trzymanie takiej bestii w domu.

Alissa pięknie biegała – dosłownie unosiła się w powietrzu. Zawsze po wyjściu z domu, na naszym terenie sunia biegała wolna i swobodna i buszowała po zaroślach z Kumplem. Na drodze polnej różnie bywało. Sunia wściekała się na widok rowerzystów. Kiedyś ugryzła jakąś kobietę i to już złośliwie: na widok pary rowerzystów wzięłam ją na smycz i gdy nas minęli i oddalili się kawałek, uwolniłam ją. A ta bestia złośliwa pobiegła za nimi i …. Kobieta zaczęła płakać, że ona tak lubi psy. Mnie było głupio i przykro. Małżonek chciał ode mnie książeczkę za szczepieniem, której oczywiście nie miałam ze sobą, bo nie noszę na spacer. Po pierwszych emocjach trochę ochłonęliśmy. Pokazałam im nasz dom, podałam telefon i tyle na gorąco. Następnego dnia pani zadzwoniła i spytała Ceci (która odebrała telefon), jak się czuje Alissa.  Okazuje się, że lekarz jej powiedział, że gdyby sunia byłą wciekła, to powinna już wykitować. Umówiłyśmy się z panią w mieście, pokazałam jej książeczkę szczepień Alissy i tak się ta przykra sprawa zakończyła.

Powinnam Alissę szkolić, bo była mądrym zwierzęciem, ale sunia nie wsiadała do samochodu i nie mogłam jej zawieźć do szkółki. Powinnam ją nauczyć jeździć samochodem, ale ona się bała, a ja oczywiście jej tego nie oduczyłam, bo liczyłam, że to jej przyjdzie z wiekiem.  W rezultacie do Lecznicy chodziłyśmy na piechotę (całe szczęście blisko) i do Sułkowic do szkoły psów jej nie zawiozłam. Kiedyś myślałam o prywatnym treserze, ale na widok metod takiego jednego w polu, który szarpał psem za kolczatkę, a głupia pańcia stała obok i gapiła się jak ciele, odeszła mi ochota. Pewnie bym zdzieliła takiego typa czymś twardym po łbie i tak by się nauczanie Alissy skończyło.
Jak na taką głupią panią jak ja, moja Alissa była wyjątkowo mądrym psem. Nawet ja nie potrafiłam zniszczyć w niej tej wrodzonej inteligencji.