Alissa
czasem korzystała ze swojej budy, która po licznych przenosinach wylądowała w
końcu pod brzozą, ale jej ulubionym miejscem była nasza weranda. Z niej
widziała kto się zbliża do furtki i mogła go stosownie obszczekać. Miała swój
chodniczek za drzwiami i na nim najczęściej spała w ciągu dnia. Gdy zrobiło się
chłodniej, a Panna Psica nadal urzędowała al fresco, zrobiło mi się jej żal i
zbudowałam jej na werandzie jurtę: otoczyłam dwoma warstwami grubszego chodnika
nogi okrągłego stołu, do środka włożyłam kilkakrotnie złożony dywan i tam sunia
mogła przebywać w mroźne dni. Bardzo lubiła swój domek, bo była blisko drzwi i
mogła wszystko mieć pod kontrolą. Zawsze już później kleciłam tę jurtę w
październiku i Alissa nie mogąc się doczekać końca tej operacji, często wchodziła
do środka nim psi pawilon był gotowy. Jurta była rozbierana najczęściej dopiero
w kwietniu. Po jakimś czasie, gdy dywan służący za posłanie się wysłużył i
został spalony na ognisku, sunia odziedziczyła mój materac wełniany; złożony na
trzy części spokojnie ją mieścił i zapewniał ciepło.
Nadeszła
pierwsza zima w życiu Alissy (tzn. urodziła się w lutym, ale okres zimowy spędziła
jeszcze w swoim pierwszym domu). Spadł
śnieg i Markiz zauważył na nim czerwone plamy w trakcie spaceru. Jakoś tak nie
od razu zorientowaliśmy się, że nasza sunia ma cieczkę; tak podświadomie
oczekiwałam, że dopiero po roku coś takiego jej się przydarzy. Dopiero, gdy
następnego poranka nasze podwórze było czarne od psich kawalerów, którzy
poprzerywali aluminiową siatkę ogrodzenia, byle do naszej Panny Psicy się
dostać, zaczęła nam się objawiać ponura prawda. Zamknęłyśmy Alissę w małej
zagrodzie przy garażu z ogrodzeniem na 1,5 metra, ale w ciągu nocy i tak jeden
artycha tam do niej dotarł. Nie wiedziałyśmy, co robić w tej sytuacji. W ciągu
najbliższych dni psi adoratorzy się wykruszyli, tylko dwa uparte kundle sąsiada
nadal urzędowały za bramą. Alissa szczekała, sąsiadka dzwoniła z pretensjami, a
dwa psy wylegiwały się na drodze i również szczekały. Wymyśliłam sobie, że dam
im środek nasenny, który sama brałam: rozdrobniłam pastylki, zmieszałam z wodą
na papkę i strzykawką wcisnęłam w parówki. Psy zjadły …. i nic. Nawet się nie
zdrzemnęły na godzinę. Widać uczucia okazały się mocniejsze.
Zaprowadziłam
Alissę do Lecznicy w nadziei, że jakimś badaniem ustalą, czy jest już szczenna,
czy nie. Okazało się, że nie ma takiego badania. Panna Psica brała jakieś leki
i czekałyśmy ze sterylizacją, aż sytuacja się wykluje, bo szczennej nie było
możliwości operować. Trwało to kilka tygodni i wreszcie Doktor Ania zdecydowała
się Alissę wysterylizować.
Sunia
była dużym psem i padło na wyjątkowo ciepły dzień, więc zarówno zabieg, jak i
okres gojenia przeszła ciężko. Ale była już wieczną Panną Psicą i żadne kundle
nie miały jej w przyszłości niepokoić.
Alissa
zawsze się wyrywała do furtki, więc trzeba było uważać, żeby się nie wymknęła,
gdy się wychodziło lub wchodziło. Kiedyś wybiegła za moim Tatą, który odchodził
do autobusu i z Kumplem pobiegła za nim. Miałyśmy z Ceci nadzieję, że wróci za
jakiś czas, ale minęło 30 min, potem godzina i Panny Psicy nie było. Wsiadłam
do dryndy i objeżdżałam uliczki nawołując mojej zguby. Alissa się nie pojawiła.
Po jakimś czasie zauważyłam, że Kumpel sąsiadów wrócił, ale bez naszej suni.
Dopiero wieczorem usłyszałam psy sąsiadów szczekające na naszej ulicy i
wyjrzawszy przez okno na drogę zauważyłam ciemny cień. Sfrunęłam dosłownie do
furtki i wpuściłam przestraszoną sunię do obejścia. Od tamtego dnia tym
bardziej uważałyśmy, żeby Alissa nie dała dyla za ogrodzenie.
Kiedyś
Ceci wynosiła wyrwane zielsko na palenisko na działce brata i Alissa wybiegła z
nią. A na naszej prywatnej drodze odgrodzonej szlabanem, spacerowała jakaś
gruba pańcia z dzieckiem w wózku. Kobieta krzyknęła na widok psa, a sunia podbiegła
i chyba ją uszczypała w masywne udo. Nie wiem dokładnie, jak to było. Ceci
odwołała Alissę i wróciła do podwórza. Za jakiś czas zadzwoniła sąsiadka z
dalszej ulicy, że nasza Panna Psica ugryzła jej wnuczkę. Ceci oznajmiła, że nie
zna jej wnuczki, a droga jest prywatna i nikogo za szlaban nie zapraszamy. Po
powrocie z pracy powędrowałam do sąsiadów, żeby wyjaśnić sprawę. Grubaska nie
powiedziała mi, jakie dokładnie rany poniosła przez zęby Alissy, ale opowiadała
o kosztach dojazdu, obdukcji lekarza, lekach, które jej zapisano i zażądała 200
złotych tytułem zwrotu poniesionych wydatków. Zgodziłam się, że pokryję jej
koszty i poprosiłam o rachunek za lekarstwa. Okazało się, że ich nie wykupiła
jeszcze.
-
Więc jak pani je wykupi, zwrócę ich koszt, a na razie daję 50 złotych jako
zwrot koszów dojazdu do lekarza. –
powiedziałam.
Wieczorem
przyszło mi do głowy, że dziewczyna może nie mieć pieniędzy na leki (miała męża
nieroba) i zadzwoniłam, żeby zaproponować, że sama jej te leki wykupię.
Przy
okazji porozmawiałam z jej matką, którą znam z dzieciństwa i której
powtórzyłam, że chociaż mi przykro z powodu wypadku, nie widzę najmniejszego
powodu obecności jej córki na naszym terenie.
Rachunku
za lekarstwa nie otrzymałam do dziś. Sądzę, że jejmościanka chciała wyłudzić
ode mnie trochę szmalu i tyle.
Usiłowałam
jeszcze dowiedzieć się czegoś od lekarza, który ponoć opatrywał pogryzioną, ale
dupek zasłonił się tajemnicą lekarską i tyle.
-
Proszę zrozumieć, że chcę wiedzieć, czy moja suka wyszarpała tej pani pół
szynki, czy tylko uszczypała – perswadowałam.
Bez
skutku.
Chodziłam
więc z Alissą do Lecznicy co kilka dni przez 2 tygodnie na obserwację i na tym
się sprawa skończyła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz