W
marcu 1999 było włamanie do naszego domu.
Kilka
dni później Pani Sołtys roznosiła nakazy podatkowe i usłyszawszy o tym
incydencie, zakrzyknęła:
-
Przydałby się Paniom pies, a ja mam właśnie małą suczkę do oddania.
Na
podwórzu stała buda, którą jakiś czas temu przywiózł mi znajomy dla planowanego
psa, ale jak na razie na dobrych chęciach się skończyło i poza 3 kotami, innych
czworonogów w naszej posesji nie było. I naraz propozycja Pani Sołtys.
-
A jakiej rasy jest ta suczka – dociekałyśmy z Ceci.
-
Matka to owczarek niemiecki – odparła dumnie Pani Sołtys.
-
A ojciec??? – nie dawałyśmy za wygraną.
-
No cóż, ojcowie dwaj wchodzą w grę i żaden nie jest owczarkiem niemieckim –
wyznała Pani Sołtys.
Ustaliłyśmy,
że przy okazji płacenia podatku obejrzymy psiaka.
Podatek
opłaciłam jednak bezpośrednio w Urzędzie Gminy. Potem Markiz sfinansował nam
instalację monitoringu i o piesku zapomniałyśmy.
Ale
nie Pani Sołtys.
Na
początku maja, nad wieczorem, Szefowa Wsi wraz z córką i kluskowatym
szczeniakiem zawitały w nasze progi. Szczeniak miał ok. 10 tygodni i krótkie
łapki, więc się zmachał marszem ze starej wsi do nas. Przyczłapał do naszych
schodów i położył swój wielki łepek na stopniu.
Ceci
serce zmiękło i zapytała mnie niepewnie: To może ją zatrzymamy.
No
i zatrzymałyśmy.
Dostałyśmy
książeczkę szczepień Leny, bo tak się sunia nazywała i nasi goście się
wynieśli.
Nie
miałyśmy nic do jedzenia dla szczeniaka, ale Lena była tak wygłodzona, że
zjadła z apetytem naszą zupę jarzynową, którą jej nazbyt podgrzałam.
Potem,
jakoś głupio sobie wyobrażając, że skoro jest buda, to suczka w niej się umości
(nawet nie wiem już czy jakiś kocyk jej tam położyłam), zostawiłyśmy zwierzątko
na zewnątrz.
Z
perspektywy wiem, że to było bezmyślne i okrutne. Sunia była urodzona w domu i
wychowana na piernatach Pani Sołtys; została dopiero oderwana od matki i z
pewnością było jej smutno i potrzebowała jakiejś pieszczoty. Ale fakt
pozostaje, że byłyśmy z Ceci zaskoczone pojawieniem się pieska w naszym życiu i
nie bardzo wiedziałyśmy, co mamy z nim zrobić.
Prawda
jest i taka, że Lena wydawała nam się trochę zapasiona i chyba nie była
najładniejszym szczeniakiem, nawet, jeśli się uwzględni, że 10-tygodniowe
owczarki nie są najzgrabniejszymi zwierzętami na świecie. Do tego miała taki
zawinięty kundli ogon, jak nie przymierzając prosiaczek. Obie z Ceci
zastanawiałyśmy się, gdzie postawić budę, żeby ludzie nie widzieli takiego
kundla…
Dopiero
pisząc tego bloga obejrzałam fotografie Leny, gdy już przebywała parę tygodni u
nas i zdałam sobie sprawę, jak słodkim stworzeniem była. I łza zakręciła mi się
w oku……
Lena
ułożyła się do snu chyba na moim dolnym tarasie; w każdym razie tam ją zastałam
któregoś wieczora, gdy płoszyłam psy sąsiadki, które przechodziły przez
dziurawe ogrodzenie na naszą posesję.
Pamiętam,
że byłam zdziwiona, że mały psiak nie szczeka na intruzów.
Uczyłyśmy
się o psach na żywym organizmie małej Leny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz