poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I





W marcu 1999 było włamanie do naszego domu.
Kilka dni później Pani Sołtys roznosiła nakazy podatkowe i usłyszawszy o tym incydencie, zakrzyknęła:
- Przydałby się Paniom pies, a ja mam właśnie małą suczkę do oddania.
Na podwórzu stała buda, którą jakiś czas temu przywiózł mi znajomy dla planowanego psa, ale jak na razie na dobrych chęciach się skończyło i poza 3 kotami, innych czworonogów w naszej posesji nie było. I naraz propozycja Pani Sołtys.
- A jakiej rasy jest ta suczka – dociekałyśmy z Ceci.
- Matka to owczarek niemiecki – odparła dumnie Pani Sołtys.
- A ojciec??? – nie dawałyśmy za wygraną.
- No cóż, ojcowie dwaj wchodzą w grę i żaden nie jest owczarkiem niemieckim – wyznała Pani Sołtys.
Ustaliłyśmy, że przy okazji płacenia podatku obejrzymy psiaka.
Podatek opłaciłam jednak bezpośrednio w Urzędzie Gminy. Potem Markiz sfinansował nam instalację monitoringu i o piesku zapomniałyśmy.
Ale nie Pani Sołtys.
Na początku maja, nad wieczorem, Szefowa Wsi wraz z córką i kluskowatym szczeniakiem zawitały w nasze progi. Szczeniak miał ok. 10 tygodni i krótkie łapki, więc się zmachał marszem ze starej wsi do nas. Przyczłapał do naszych schodów i położył swój wielki łepek na stopniu.
Ceci serce zmiękło i zapytała mnie niepewnie: To może ją zatrzymamy.
No i zatrzymałyśmy.
Dostałyśmy książeczkę szczepień Leny, bo tak się sunia nazywała i nasi goście się wynieśli.
Nie miałyśmy nic do jedzenia dla szczeniaka, ale Lena była tak wygłodzona, że zjadła z apetytem naszą zupę jarzynową, którą jej nazbyt podgrzałam.
Potem, jakoś głupio sobie wyobrażając, że skoro jest buda, to suczka w niej się umości (nawet nie wiem już czy jakiś kocyk jej tam położyłam), zostawiłyśmy zwierzątko na zewnątrz.
Z perspektywy wiem, że to było bezmyślne i okrutne. Sunia była urodzona w domu i wychowana na piernatach Pani Sołtys; została dopiero oderwana od matki i z pewnością było jej smutno i potrzebowała jakiejś pieszczoty. Ale fakt pozostaje, że byłyśmy z Ceci zaskoczone pojawieniem się pieska w naszym życiu i nie bardzo wiedziałyśmy, co mamy z nim zrobić.
Prawda jest i taka, że Lena wydawała nam się trochę zapasiona i chyba nie była najładniejszym szczeniakiem, nawet, jeśli się uwzględni, że 10-tygodniowe owczarki nie są najzgrabniejszymi zwierzętami na świecie. Do tego miała taki zawinięty kundli ogon, jak nie przymierzając prosiaczek. Obie z Ceci zastanawiałyśmy się, gdzie postawić budę, żeby ludzie nie widzieli takiego kundla…
Dopiero pisząc tego bloga obejrzałam fotografie Leny, gdy już przebywała parę tygodni u nas i zdałam sobie sprawę, jak słodkim stworzeniem była. I łza zakręciła mi się w oku……

Lena ułożyła się do snu chyba na moim dolnym tarasie; w każdym razie tam ją zastałam któregoś wieczora, gdy płoszyłam psy sąsiadki, które przechodziły przez dziurawe ogrodzenie na naszą posesję.
Pamiętam, że byłam zdziwiona, że mały psiak nie szczeka na intruzów.
Uczyłyśmy się o psach na żywym organizmie małej Leny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz