poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - c.d.








Generalnie Alissa była dość zaniedbanym psiakiem, to znaczy dostawała dobre jedzenie, kostki cielęce, wychodziłyśmy z nią na spacery: Ceci bliżej w ciągu dnia, a ja na dalsze włóczęgi wieczorem w tygodniu oraz w soboty i niedziele. Ale nikt się za bardzo nie bawił z sunią, ani jej nie uczył. Kupowałam jej piłeczki i piszczące kostki. Jej ulubioną zabawką było piszczące udko i nieraz podchodziła do Ceci i ją szturchała tą zabawką, dopraszając się atencji i zabawy. Nie umiałam i nie miałam cierpliwości jej uczyć aportowania. Gdy rzucałam jej piłeczkę, brała ją w pysk i uciekała, a ja czasem ją goniłam.
Nadal gryzła, chociaż już trochę mniej.
Nie lubiła kąpieli i zawsze musiałam ją ubierać w kaganiec, żeby mnie nie capnęła zębami, a zęby miała piękne i mocne. Nie lubiła też czesania; wtedy najczęściej dawałam jej moją jedną rękę do gryzienia, a drugą operowałam szczotką.
Na spacery chodziliśmy w towarzystwie Kumpla, psa sąsiadów, niższego od Alissy. Bardzo dobrze się kolegowali i nieraz kopali razem wielkie doły na działce mojego brata w poszukiwaniu jakiegoś życia podziemnego. Widać im było wtedy z oddali tylko kupry z falującymi ogonami.
W lecie Ceci pojechała do sanatorium i Alissa sama urzędowała przez 2 tygodnie na działce. W tym czasie wykopała ogromną jamę przy ogrodzeniu sąsiadów; chyba chciała się dokopać do Kumpla. Jej inne wykopki, to dziura wielkości mogiły w naszym ogrodzie, której zasypanie zabrało mi mnóstwo czasu i kilka taczek ziemi przywiezionej z pól, bo pomimo starannego zagrabiania, nijak nie mogłam wyrównać terenu.
Z nudów też wykopała jedną z tuj przy południowym ogrodzeniu. Nie mogłam dostać drzewka zbliżonej wielkości, więc zakupiłam mniejszą, żeby dorosła, po czym okazało się, że jest zupełnie innego gatunku, bo na drzewach znam się tak samo dobrze jak na wychowaniu psów.
Alissa była jakoś naturalnie uodporniona na kleszcze. Wielokrotnie zdejmowałam z niej napompowane jej krwią centymetrowe bombki i nigdy nie miała babeszi.

Czas płynął i nasza Alissa była już prawie dorosłym, dobrze zbudowanym prawie owczarkiem niemieckim. Dużo ładniejszym niż jej matka, którą czasami mogłam oglądać przejeżdżając przez wieś w domu Pani Sołtys. Notabene, kiedyś widziałam całą masę czworonożnych kawalerów na tej działce, gdy jej suka miała cieczkę i żaden! żaden! nawet w przybliżeniu, nie przypominał owczarka niemieckiego. Dzięki Bogu, że nasza Alissa poszła w jakichś wcześniejszych przodków.
Sunia była też bardzo silnym zwierzęciem; na spacery zakładałam jej kolczatkę, bo w normalnej obroży nie byłam w stanie jej utrzymać na smyczy.  Zawsze rozglądałam się dookoła, aby na widok innego psa lub człowieka złapać ją na smycz, bo miała niemiły zwyczaj szczekania i rzucania się na inne psy, a zwłaszcza suki. Tylko jedną sukę lubiła – rotwajlerkę sąsiadów na działce – Korę. Z nią się ładnie bawiły i ganiały i moja sunia sobie zakodowała, że wszystkie psy tej rasy są do zabawy. Kiedyś w polu spotkałyśmy ludzi z dużym rotwajlerem o wściekłych ślepiach. Dwaj mężczyźni utrzymywali go na grubej smyczy. Moja Alissa podbiegła tanecznym krokiem do swojej Korusi, a panowie utrzymując z wysiłkiem szarpiącego się potwora, wysapali:
- Niech pani weźmie swojego psa. 
- Moja jest suką i pies powinien być wobec niej rycerski – odrzekłam błyskotliwie.
- On jest rycerski wobec swojej suki, ale wobec niej nie musi.
Zgarnęłam więc moją sunię na smycz i odeszłyśmy w swoją stronę. Zastanawiałam się później, co za głupotą jest trzymanie takiej bestii w domu.

Alissa pięknie biegała – dosłownie unosiła się w powietrzu. Zawsze po wyjściu z domu, na naszym terenie sunia biegała wolna i swobodna i buszowała po zaroślach z Kumplem. Na drodze polnej różnie bywało. Sunia wściekała się na widok rowerzystów. Kiedyś ugryzła jakąś kobietę i to już złośliwie: na widok pary rowerzystów wzięłam ją na smycz i gdy nas minęli i oddalili się kawałek, uwolniłam ją. A ta bestia złośliwa pobiegła za nimi i …. Kobieta zaczęła płakać, że ona tak lubi psy. Mnie było głupio i przykro. Małżonek chciał ode mnie książeczkę za szczepieniem, której oczywiście nie miałam ze sobą, bo nie noszę na spacer. Po pierwszych emocjach trochę ochłonęliśmy. Pokazałam im nasz dom, podałam telefon i tyle na gorąco. Następnego dnia pani zadzwoniła i spytała Ceci (która odebrała telefon), jak się czuje Alissa.  Okazuje się, że lekarz jej powiedział, że gdyby sunia byłą wciekła, to powinna już wykitować. Umówiłyśmy się z panią w mieście, pokazałam jej książeczkę szczepień Alissy i tak się ta przykra sprawa zakończyła.

Powinnam Alissę szkolić, bo była mądrym zwierzęciem, ale sunia nie wsiadała do samochodu i nie mogłam jej zawieźć do szkółki. Powinnam ją nauczyć jeździć samochodem, ale ona się bała, a ja oczywiście jej tego nie oduczyłam, bo liczyłam, że to jej przyjdzie z wiekiem.  W rezultacie do Lecznicy chodziłyśmy na piechotę (całe szczęście blisko) i do Sułkowic do szkoły psów jej nie zawiozłam. Kiedyś myślałam o prywatnym treserze, ale na widok metod takiego jednego w polu, który szarpał psem za kolczatkę, a głupia pańcia stała obok i gapiła się jak ciele, odeszła mi ochota. Pewnie bym zdzieliła takiego typa czymś twardym po łbie i tak by się nauczanie Alissy skończyło.
Jak na taką głupią panią jak ja, moja Alissa była wyjątkowo mądrym psem. Nawet ja nie potrafiłam zniszczyć w niej tej wrodzonej inteligencji.
 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz