Generalnie
Alissa była dość zaniedbanym psiakiem, to znaczy dostawała dobre jedzenie, kostki
cielęce, wychodziłyśmy z nią na spacery: Ceci bliżej w ciągu dnia, a ja na
dalsze włóczęgi wieczorem w tygodniu oraz w soboty i niedziele. Ale nikt się za
bardzo nie bawił z sunią, ani jej nie uczył. Kupowałam jej piłeczki i piszczące
kostki. Jej ulubioną zabawką było piszczące udko i nieraz podchodziła do Ceci i
ją szturchała tą zabawką, dopraszając się atencji i zabawy. Nie umiałam i nie
miałam cierpliwości jej uczyć aportowania. Gdy rzucałam jej piłeczkę, brała ją
w pysk i uciekała, a ja czasem ją goniłam.
Nadal
gryzła, chociaż już trochę mniej.
Nie
lubiła kąpieli i zawsze musiałam ją ubierać w kaganiec, żeby mnie nie capnęła
zębami, a zęby miała piękne i mocne. Nie lubiła też czesania; wtedy najczęściej
dawałam jej moją jedną rękę do gryzienia, a drugą operowałam szczotką.
Na
spacery chodziliśmy w towarzystwie Kumpla, psa sąsiadów, niższego od Alissy.
Bardzo dobrze się kolegowali i nieraz kopali razem wielkie doły na działce
mojego brata w poszukiwaniu jakiegoś życia podziemnego. Widać im było wtedy z
oddali tylko kupry z falującymi ogonami.
W
lecie Ceci pojechała do sanatorium i Alissa sama urzędowała przez 2 tygodnie na
działce. W tym czasie wykopała ogromną jamę przy ogrodzeniu sąsiadów; chyba
chciała się dokopać do Kumpla. Jej inne wykopki, to dziura wielkości mogiły w
naszym ogrodzie, której zasypanie zabrało mi mnóstwo czasu i kilka taczek ziemi
przywiezionej z pól, bo pomimo starannego zagrabiania, nijak nie mogłam wyrównać
terenu.
Z
nudów też wykopała jedną z tuj przy południowym ogrodzeniu. Nie mogłam dostać drzewka
zbliżonej wielkości, więc zakupiłam mniejszą, żeby dorosła, po czym okazało
się, że jest zupełnie innego gatunku, bo na drzewach znam się tak samo dobrze
jak na wychowaniu psów.
Alissa
była jakoś naturalnie uodporniona na kleszcze. Wielokrotnie zdejmowałam z niej
napompowane jej krwią centymetrowe bombki i nigdy nie miała babeszi.
Czas
płynął i nasza Alissa była już prawie dorosłym, dobrze zbudowanym prawie
owczarkiem niemieckim. Dużo ładniejszym niż jej matka, którą czasami mogłam
oglądać przejeżdżając przez wieś w domu Pani Sołtys. Notabene, kiedyś widziałam
całą masę czworonożnych kawalerów na tej działce, gdy jej suka miała cieczkę i
żaden! żaden! nawet w przybliżeniu, nie przypominał owczarka niemieckiego.
Dzięki Bogu, że nasza Alissa poszła w jakichś wcześniejszych przodków.
Sunia
była też bardzo silnym zwierzęciem; na spacery zakładałam jej kolczatkę, bo w
normalnej obroży nie byłam w stanie jej utrzymać na smyczy. Zawsze rozglądałam się dookoła, aby na widok
innego psa lub człowieka złapać ją na smycz, bo miała niemiły zwyczaj
szczekania i rzucania się na inne psy, a zwłaszcza suki. Tylko jedną sukę
lubiła – rotwajlerkę sąsiadów na działce – Korę. Z nią się ładnie bawiły i
ganiały i moja sunia sobie zakodowała, że wszystkie psy tej rasy są do zabawy.
Kiedyś w polu spotkałyśmy ludzi z dużym rotwajlerem o wściekłych ślepiach. Dwaj
mężczyźni utrzymywali go na grubej smyczy. Moja Alissa podbiegła tanecznym
krokiem do swojej Korusi, a panowie utrzymując z wysiłkiem szarpiącego się
potwora, wysapali:
-
Niech pani weźmie swojego psa.
-
Moja jest suką i pies powinien być wobec niej rycerski – odrzekłam
błyskotliwie.
-
On jest rycerski wobec swojej suki, ale wobec niej nie musi.
Zgarnęłam
więc moją sunię na smycz i odeszłyśmy w swoją stronę. Zastanawiałam się
później, co za głupotą jest trzymanie takiej bestii w domu.
Alissa
pięknie biegała – dosłownie unosiła się w powietrzu. Zawsze po wyjściu z domu,
na naszym terenie sunia biegała wolna i swobodna i buszowała po zaroślach z
Kumplem. Na drodze polnej różnie bywało. Sunia wściekała się na widok
rowerzystów. Kiedyś ugryzła jakąś kobietę i to już złośliwie: na widok pary rowerzystów
wzięłam ją na smycz i gdy nas minęli i oddalili się kawałek, uwolniłam ją. A ta
bestia złośliwa pobiegła za nimi i …. Kobieta zaczęła płakać, że ona tak lubi
psy. Mnie było głupio i przykro. Małżonek chciał ode mnie książeczkę za
szczepieniem, której oczywiście nie miałam ze sobą, bo nie noszę na spacer. Po
pierwszych emocjach trochę ochłonęliśmy. Pokazałam im nasz dom, podałam telefon
i tyle na gorąco. Następnego dnia pani zadzwoniła i spytała Ceci (która
odebrała telefon), jak się czuje Alissa.
Okazuje się, że lekarz jej powiedział, że gdyby sunia byłą wciekła, to
powinna już wykitować. Umówiłyśmy się z panią w mieście, pokazałam jej
książeczkę szczepień Alissy i tak się ta przykra sprawa zakończyła.
Powinnam
Alissę szkolić, bo była mądrym zwierzęciem, ale sunia nie wsiadała do samochodu
i nie mogłam jej zawieźć do szkółki. Powinnam ją nauczyć jeździć samochodem,
ale ona się bała, a ja oczywiście jej tego nie oduczyłam, bo liczyłam, że to
jej przyjdzie z wiekiem. W rezultacie do
Lecznicy chodziłyśmy na piechotę (całe szczęście blisko) i do Sułkowic do
szkoły psów jej nie zawiozłam. Kiedyś myślałam o prywatnym treserze, ale na
widok metod takiego jednego w polu, który szarpał psem za kolczatkę, a głupia
pańcia stała obok i gapiła się jak ciele, odeszła mi ochota. Pewnie bym zdzieliła
takiego typa czymś twardym po łbie i tak by się nauczanie Alissy skończyło.
Jak
na taką głupią panią jak ja, moja Alissa była wyjątkowo mądrym psem. Nawet ja
nie potrafiłam zniszczyć w niej tej wrodzonej inteligencji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz