W
najbliższy weekend przyjechała rodzina, aby zobaczyć nowy nabytek i raczej nikt
nie piał z zachwytu. Zmieniłyśmy suczce imię, gdyż moja starsza bratanica
wołała na nią z takim wschodnim zaśpiewem, ‘Lieeena’, że stwierdziłyśmy, że
nasza krewna Lina, która miała nam złożyć wizytę w ciągu najbliższych miesięcy,
może się poczuć obrażona podobieństwem imion.
Sunia
została nazwana Alissa, tak jak kotka ówczesnej ukraińskiej girlfriendy
Markiza. I tak miało pozostać (stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że Alissa to
rosyjski odpowiednik angielskiego imienia Alice). Zamiennie nazywałyśmy ją
Panną Psicą lub suniczkiem.
Mała
Alissa miała apetyt. Jadała kaszę z mięsem i dość szybko rosła. Dużo gryzła,
jak to małe psiaki; pogryzła mi jeden z ulubionych granatowych butów i chyba
jakieś kapcie Markiza.
Nie
wchodziła do domu i nie umiała wchodzić na schody, a ja byłam za głupia, żeby
ją tego uczyć. Wydawało mi się, że z wiekiem sama się nauczy.
Panicznie
bała się dużych samochodów; gdy przyjeżdżała śmieciarka lub szambiarka –
chowała się pod stołem na werandzie.
W
miarę jak sunia rosła, robiła się coraz ładniejsza i przypominała owczarka
niemieckiego, może nie tego nowomodnego z obniżonym zadem, ale takiego, jakie
były ok. 100 lat temu, zgodnie ze zdjęciami ze starego albumu psów,
publikowanych w grudniu 2013 przez Gazetę Wyborczą.
W
sumie kawałek ładnego psa, o dłuższym włosie z jednym takim kundlim ondulem na
grzbiecie u nasady ogona. Byłą z tzw. czarnych podpalanych. Miała bardzo ładne,
duże, łagodne brązowe oczy, coś w rodzaju jaśniejszej maski na mordce, przy
ciemnym czole i linii nosa i czubek lewego ucha klapnięty zawsze do przodu.
Specjalista, który instalował nam żaluzję na werandzie poradził, żebyśmy dawały
suni kości cielęce, co zaczęłyśmy robić z wielkim entuzjazmem. Alissa bardzo
lubiła kości, ale ponieważ miała ich za wiele, niektóre zakopywała sobie w
ogrodzie na gorsze czasy.
Dzięki
zębom Alissy przez dłuższy czas chodziłam na spacery w poszarpanym swetrze
Markiza i wyglądałam jak bieda z nędzą.
Kiedyś
uszkodził nam się system alarmowy i alarm załączał się co pół godziny
samoistnie. Wezwałyśmy montera, który coś pokręcił i miało być dobrze. W nocy
znów się uruchomił i nim się zorientowałyśmy, że wyje, ekipa ‘Grota’ (naszej
firmy monitorującej) była już pod płotem. Któryś z chłopców przesadził jednym
susem ogrodzenie i wtedy nasza Alissa podbiegła do niego i ….. zaczęła się z
nim bawić. Nasz groźny pies!!!
Dyspozytor
z ‘Grota’ zadzwonił do montera od alarmu (bo ja powiedziałam, że nie mam serca
dzwonić do niego o północy) i wysłuchując instrukcji przez telefon, rozblokowałam
instalację alarmową.
Już
po wszystkim, usiadłyśmy z Ceci w kuchni i stwierdziłyśmy, że możemy sobie
wypić po kielich ‘dla spokojności’.
-
Wiesz co – powiedziałam – gdyby nas ktoś teraz obserwował przez okno, to by
powiedział: ’Na cały sweter to jej nie stać, ale na flaszkę nie żałuje’.
Panna
Psica zaakceptowała nasze koty, może dlatego, że były przed nią na posesji.
Poza tym prawie wszystkie moje zwierzaki były w zbliżonym wieku; poza Cezarem,
żadne jeszcze nie miało roku. Z Agisem zawsze się chciała zaprzyjaźnić, ale on
prychał i machał jej swoją łapką przed nosem (ale bez pazurków). Z Misią żyły w
lepszej komitywie i często kicia ocierała się o sunię.
Z
Cezarem było inaczej; nasz czarny kocur miał już 17 lat i oczekiwał szacunku.
Gdy kiedyś Alissa go pogoniła na drzewo, zszedł z niego po zniknięciu małego kudłatego
potwora i poszedł w pola. Nie wrócił.
Byłam wtedy w delegacji i po powrocie chodziłam i
wołałam go po sąsiednich polach, ale go nigdzie nie znalazłam. Miałam żal do
Ceci i Taty, że nie szukali Czarka od razu po zniknięciu. Był z nami tyle lat i
zasłużył sobie na lepszy koniec niż w zębach dzikich psów. Był najładniejszym i
najmądrzejszym z naszych kotów. Czułabym się lepiej, gdyby spoczywał snem
wiecznym w naszym ogrodzie pod jakimś ładnym krzakiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz