poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - c.d.






W najbliższy weekend przyjechała rodzina, aby zobaczyć nowy nabytek i raczej nikt nie piał z zachwytu. Zmieniłyśmy suczce imię, gdyż moja starsza bratanica wołała na nią z takim wschodnim zaśpiewem, ‘Lieeena’, że stwierdziłyśmy, że nasza krewna Lina, która miała nam złożyć wizytę w ciągu najbliższych miesięcy, może się poczuć obrażona podobieństwem imion.
Sunia została nazwana Alissa, tak jak kotka ówczesnej ukraińskiej girlfriendy Markiza. I tak miało pozostać (stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że Alissa to rosyjski odpowiednik angielskiego imienia Alice). Zamiennie nazywałyśmy ją Panną Psicą lub suniczkiem.

Mała Alissa miała apetyt. Jadała kaszę z mięsem i dość szybko rosła. Dużo gryzła, jak to małe psiaki; pogryzła mi jeden z ulubionych granatowych butów i chyba jakieś kapcie Markiza.
Nie wchodziła do domu i nie umiała wchodzić na schody, a ja byłam za głupia, żeby ją tego uczyć. Wydawało mi się, że z wiekiem sama się nauczy.
Panicznie bała się dużych samochodów; gdy przyjeżdżała śmieciarka lub szambiarka – chowała się pod stołem na werandzie.
W miarę jak sunia rosła, robiła się coraz ładniejsza i przypominała owczarka niemieckiego, może nie tego nowomodnego z obniżonym zadem, ale takiego, jakie były ok. 100 lat temu, zgodnie ze zdjęciami ze starego albumu psów, publikowanych w grudniu 2013 przez Gazetę Wyborczą.
W sumie kawałek ładnego psa, o dłuższym włosie z jednym takim kundlim ondulem na grzbiecie u nasady ogona. Byłą z tzw. czarnych podpalanych. Miała bardzo ładne, duże, łagodne brązowe oczy, coś w rodzaju jaśniejszej maski na mordce, przy ciemnym czole i linii nosa i czubek lewego ucha klapnięty zawsze do przodu. Specjalista, który instalował nam żaluzję na werandzie poradził, żebyśmy dawały suni kości cielęce, co zaczęłyśmy robić z wielkim entuzjazmem. Alissa bardzo lubiła kości, ale ponieważ miała ich za wiele, niektóre zakopywała sobie w ogrodzie na gorsze czasy.
Dzięki zębom Alissy przez dłuższy czas chodziłam na spacery w poszarpanym swetrze Markiza i wyglądałam jak bieda z nędzą.
Kiedyś uszkodził nam się system alarmowy i alarm załączał się co pół godziny samoistnie. Wezwałyśmy montera, który coś pokręcił i miało być dobrze. W nocy znów się uruchomił i nim się zorientowałyśmy, że wyje, ekipa ‘Grota’ (naszej firmy monitorującej) była już pod płotem. Któryś z chłopców przesadził jednym susem ogrodzenie i wtedy nasza Alissa podbiegła do niego i ….. zaczęła się z nim bawić. Nasz groźny pies!!!
Dyspozytor z ‘Grota’ zadzwonił do montera od alarmu (bo ja powiedziałam, że nie mam serca dzwonić do niego o północy) i wysłuchując instrukcji przez telefon, rozblokowałam instalację alarmową.
Już po wszystkim, usiadłyśmy z Ceci w kuchni i stwierdziłyśmy, że możemy sobie wypić po kielich ‘dla spokojności’.
- Wiesz co – powiedziałam – gdyby nas ktoś teraz obserwował przez okno, to by powiedział: ’Na cały sweter to jej nie stać, ale na flaszkę nie żałuje’.

Panna Psica zaakceptowała nasze koty, może dlatego, że były przed nią na posesji. Poza tym prawie wszystkie moje zwierzaki były w zbliżonym wieku; poza Cezarem, żadne jeszcze nie miało roku. Z Agisem zawsze się chciała zaprzyjaźnić, ale on prychał i machał jej swoją łapką przed nosem (ale bez pazurków). Z Misią żyły w lepszej komitywie i często kicia ocierała się o sunię.

Z Cezarem było inaczej; nasz czarny kocur miał już 17 lat i oczekiwał szacunku. Gdy kiedyś Alissa go pogoniła na drzewo, zszedł z niego po zniknięciu małego kudłatego potwora i poszedł w pola. Nie wrócił.
Byłam wtedy w delegacji i po powrocie chodziłam i wołałam go po sąsiednich polach, ale go nigdzie nie znalazłam. Miałam żal do Ceci i Taty, że nie szukali Czarka od razu po zniknięciu. Był z nami tyle lat i zasłużył sobie na lepszy koniec niż w zębach dzikich psów. Był najładniejszym i najmądrzejszym z naszych kotów. Czułabym się lepiej, gdyby spoczywał snem wiecznym w naszym ogrodzie pod jakimś ładnym krzakiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz