poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - c.d.





Około 5-go roku życia Alissa zaczęła lekko utykać na lewą tylną łapę i wykazywać mniejszą skłonność do ruchu.  Badania Vetów wykazały, że sunia ma dysplazję stawu biodrowego, chorobę dość powszechną u ras szybko rosnących. Przez pewien czas podawaliśmy Pannie Psicy środki przeciwbólowe, ale wreszcie wiosną 2005 zdecydowaliśmy się na operację.
Jeśli oczekiwałam, że sunia wyjdzie z Lecznicy na czterech łapach, to srodze się zawiodłam. Alissa już nie kulała; ona po prostu kicała na 3 łapach. Czwarta – operowana, wisiała w powietrzu. Jakoś doczłapałyśmy do domu i sunia zwaliła się zmęczona na swoje legowisko. Nadal była na proszkach przeciwbólowych i miała na nich pozostać do końca życia. Naprawdę nie zauważałam, żeby jej komfort życia tak bardzo się podniósł; poprzednio, chociaż ostrożnie, używała chromej łapy. Po operacji wcale jej nie używała. Biorąc pod uwagę, że operacje była dość kosztowna, byłam wkurzona i nie kryłam tego przed Vetami.
Usłyszałam, że potrzebne jest długa rehabilitacja. Jaka rehabilitacja, do ku… nędzy. Miałam ją do Konstancina wozić, czy prywatnego terapeutę nająć. Prawdę mówiąc, gdybym wiedziała, że  taki będzie rezultat operacji, to chyba bym Pannie Psicy oszczędziła bólu.

Czas mijał , a my człapałyśmy więc powolutku na niedalekie spacery. Alissa nadal nie używała operowanej łapy, ale nauczyła się dość zgrabnie biegać na pozostałych trzech.

W czerwcu mały kundelek Kropka (dziewczynka) wybrał sobie nasz dom i przeniósł się na naszą działkę z działki sąsiadów kilka domów dalej:  gdy mijaliśmy  z Alissą i Kumplem dom sąsiadów szary szczeniak z czarnymi kropkami na nasz widok zaczął po szczenięcemu ujadać; zagadałam do pieska przez ogrodzenie, a on niewiele myśląc przecisnął się między sztachetami ogrodzenie (ok. 15 cm) i podreptał za nami. Przez moje ogrodzenie też się przecisnął i znalazł się na naszym podwórzu. Wzięłam szczeniaczka na ręce i odniosłam do właścicieli. Pani Zofia wyjaśniła, że Kropkę przyprowadziły jej sąsiadki, a znalazły go zagubionego przy pętli autobusowej.
Następnego dnia, gdy wyszłam z domu, znalazłam psiaka na werandzie, wijącego się z radości i merdającego energicznie ogonkiem. I tak było przez 2 tygodnie mojego urlopu, w końcu zdecydowałam się zaadoptować malca; jego właściciele przyzwyczajeni do dużego psa przyjęli moją decyzję z wyraźnym zadowoleniem.

Alissa zaakceptowała psiaka nad wyraz przychylnie. Taka odrobina nie mogła zagrozić jej pozycji. Zaczęła się z Piesiem (bo tak go przechrzciłam) bawić, kładąc się na ziemi, żeby zniżyć się do poziomu malca. Nawet nie zauważyłyśmy kiedy, chroniona operowana łapa zaczęła być coraz bardziej obciążana i używana. Piesio i jego zabawy stały się tą niezbędną dla suni rehabilitacją. Nigdy nie biegała już tak wspaniale jak dawniej, ale stała pewnie na czterech łapach i poruszała się normalnie.
Gdy jeszcze po jakimś czasie Pan Doktor Darek wynalazł jakiś nowozelandzki zastrzyk przeciwbólowy, który działał około miesiąca – 6 tygodni i można było oszczędzić Pannie Psicy wątrobę, nie karmiąc jej prochami przeciwbólowymi, byłyśmy wszystkie bardzo zadowolone.

Kiedyś bawiąc się zaczęły się przewalać na niedawno posadzonych płożących cisach przed domem i smagnęłam Alissę szpicrutą. Wyskoczyła na mnie z zębami i warknięciem.
- Będziesz na mnie warczeć zołzo jedna??? – zapytałam i smagnęłam powtórnie.
Do dzisiaj pamiętam te uderzenia i żałuję ich; w końcu byłam bardzo zadowolona, że dziewczynki się bawią, tylko wolałabym, żeby wybierały trawnik na miejsce swoich swawoli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz