Około
5-go roku życia Alissa zaczęła lekko utykać na lewą tylną łapę i wykazywać
mniejszą skłonność do ruchu. Badania
Vetów wykazały, że sunia ma dysplazję stawu biodrowego, chorobę dość powszechną
u ras szybko rosnących. Przez pewien czas podawaliśmy Pannie Psicy środki
przeciwbólowe, ale wreszcie wiosną 2005 zdecydowaliśmy się na operację.
Jeśli
oczekiwałam, że sunia wyjdzie z Lecznicy na czterech łapach, to srodze się
zawiodłam. Alissa już nie kulała; ona po prostu kicała na 3 łapach. Czwarta –
operowana, wisiała w powietrzu. Jakoś doczłapałyśmy do domu i sunia zwaliła się
zmęczona na swoje legowisko. Nadal była na proszkach przeciwbólowych i miała na
nich pozostać do końca życia. Naprawdę nie zauważałam, żeby jej komfort życia
tak bardzo się podniósł; poprzednio, chociaż ostrożnie, używała chromej łapy.
Po operacji wcale jej nie używała. Biorąc pod uwagę, że operacje była dość
kosztowna, byłam wkurzona i nie kryłam tego przed Vetami.
Usłyszałam,
że potrzebne jest długa rehabilitacja. Jaka rehabilitacja, do ku… nędzy. Miałam
ją do Konstancina wozić, czy prywatnego terapeutę nająć. Prawdę mówiąc, gdybym
wiedziała, że taki będzie rezultat
operacji, to chyba bym Pannie Psicy oszczędziła bólu.
Czas
mijał , a my człapałyśmy więc powolutku na niedalekie spacery. Alissa nadal nie
używała operowanej łapy, ale nauczyła się dość zgrabnie biegać na pozostałych
trzech.
W
czerwcu mały kundelek Kropka (dziewczynka) wybrał sobie nasz dom i przeniósł
się na naszą działkę z działki sąsiadów kilka domów dalej: gdy
mijaliśmy z Alissą i Kumplem dom sąsiadów
szary szczeniak z czarnymi kropkami na nasz widok zaczął po szczenięcemu ujadać;
zagadałam do pieska przez ogrodzenie, a on niewiele myśląc przecisnął się
między sztachetami ogrodzenie (ok. 15 cm) i podreptał za nami. Przez moje
ogrodzenie też się przecisnął i znalazł się na naszym podwórzu. Wzięłam
szczeniaczka na ręce i odniosłam do właścicieli. Pani Zofia wyjaśniła, że
Kropkę przyprowadziły jej sąsiadki, a znalazły go zagubionego przy pętli
autobusowej.
Następnego dnia, gdy
wyszłam z domu, znalazłam psiaka na werandzie, wijącego się z radości i
merdającego energicznie ogonkiem. I tak było przez 2 tygodnie mojego urlopu, w
końcu zdecydowałam się zaadoptować malca; jego właściciele przyzwyczajeni do
dużego psa przyjęli moją decyzję z wyraźnym zadowoleniem.
Alissa zaakceptowała
psiaka nad wyraz przychylnie. Taka odrobina nie mogła zagrozić jej pozycji. Zaczęła
się z Piesiem (bo tak go przechrzciłam) bawić, kładąc się na ziemi, żeby zniżyć
się do poziomu malca. Nawet nie zauważyłyśmy kiedy, chroniona operowana łapa
zaczęła być coraz bardziej obciążana i używana. Piesio i jego zabawy stały się
tą niezbędną dla suni rehabilitacją. Nigdy nie biegała już tak wspaniale jak
dawniej, ale stała pewnie na czterech łapach i poruszała się normalnie.
Gdy jeszcze po jakimś
czasie Pan Doktor Darek wynalazł jakiś nowozelandzki zastrzyk przeciwbólowy,
który działał około miesiąca – 6 tygodni i można było oszczędzić Pannie Psicy
wątrobę, nie karmiąc jej prochami przeciwbólowymi, byłyśmy wszystkie bardzo
zadowolone.
Kiedyś bawiąc się zaczęły
się przewalać na niedawno posadzonych płożących cisach przed domem i smagnęłam
Alissę szpicrutą. Wyskoczyła na mnie z zębami i warknięciem.
- Będziesz na mnie warczeć
zołzo jedna??? – zapytałam i smagnęłam powtórnie.
Do dzisiaj pamiętam te
uderzenia i żałuję ich; w końcu byłam bardzo zadowolona, że dziewczynki się
bawią, tylko wolałabym, żeby wybierały trawnik na miejsce swoich swawoli.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz