poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - c.d.





Miesiące i lata mijały. Alissa spowolniała i najczęściej wylegiwała się na słońcu wiosną i latem. Upały źle znosiła, bo miała gęste długie futro. Najbardziej lubiła zimę. Każdy śnieg witała z zadowoleniem, a gdy odśnieżałam podjazd, czy naszą część drogi, kładła się na białym puchu i broniła go przed odgarnianiem.
Którejś śnieżnej zimy zrobiła sobie w nim jamę pod rozłożystymi jałowcami rosnącymi na froncie. Śnieg utrzymywał się po stronie północnej długo i sunia mogła się cieszyć swoim gniazdem do wiosny.

Zimą 2008 odszedł mój Tata i nie wiem, czy Panna Psica odczuwała jego brak. Często, gdy nocował u nas, zabierał ją wczesnym rankiem na spacer i brnęli obydwoje po mokrej jeszcze od rosy trawie po naszych włościach. Teraz zniknął z naszego życia i mi brakowało go bardzo.

W maju 2008 uśpiłam chorą na FIV-a Misię, której już nie dało się dłużej leczyć. Tylko kot Agis i Piesio zostały Alissie do towarzystwa. Misia spoczywa snem wiecznym pod starym jaśminem.

Zwierzaki stanowiły dla nas, a dla mnie na pewno, dużą przyjemność, bo lubiłam szwendać się z moimi dziewczynkami po polach (jeśli nikogo nie było na horyzoncie), ale były też przeszkodą, żeby gdzieś wyjechać, oderwać się od wszystkiego.
Gdy w 2005 wyjeżdżałam z moją młodszą bratanicą do Tunezji na 2 tygodnie, do pomocy Ceci przy zwierzakach zainstalowałam w domu starszą bratanicę.
Tak samo było w 2009, kiedy 3 przyjaciół Irlandczyków z Anglii przyjechało w odwiedziny i na kilka dni ruszyliśmy wypożyczonym fordem fokusem w Polskę. Ceci zbliżała się do 80-tki i nie chciałam jej zostawiać z całym dobytkiem samej.
Ale niejednokrotnie, gdy nie miałyśmy ochoty organizować kolacji wigilijnej dla całej rodziny, marzyłyśmy sobie, żeby gdzieś wyjechać i zostawić im dom do dyspozycji. Niech sobie gospodarzą!!!  Ale zwierzaki; nimi nikt by się nie zajął. Tyle razy teść brata zapraszał nas z wizytą do Suwałk i zawsze odmowa była umotywowana tym samym powodem: Kto się zajmie naszym dobytkiem.
Sądzę, że o tym powinni pamiętać ludzie, którzy biorą sobie zwierzątko do domu, bo jest takie ładne itp. Potem przychodzą wakacje i zwierzątko ląduje przywiązane do drzewa przy szosie, albo jest wyrzucane z pędzącego samochodu gdzieś na zadupiu.



Zimą 2009 Alissa wybiegła z działki wieczorem i powróciła z przebitą łapą. Gdy zorientowałam się, że krwawi (jej posłanie było całkiem poplamione), sunia miała już taką dawkę adrenaliny, że nie dała sobie opatrzyć rany.  Odziałam się czym prędzej i ruszyłyśmy do Lecznicy. Panna Psica tak galopowała, że myślałam, że mnie przewróci na wyślizganym śniegu. W Lecznicy Vetowie zadecydowali, że łapa musi być  zszyta i sunia zostanie na noc.
Odebrałam ją następnego dnia po pracy. Zalecono, żeby zasłaniać opatrunek, aby go nie zrzuciła. Dobra rada! Nie pomogły skarpety nakładane na łapę i przyklejane przylepcem powyżej jej łokcia. Alissa tak lizała łapę, że ‘przylizywała’ i skarpety i w końcu szwy się rozeszły. Nie było sensu usypiać jej ponownie, aby zakładać drugie szwy; rana musiała się zagoić naturalnie. I zagoiła się, tyle, że sunia miała już na zawsze bliznę na łapie, która nie zarosła futerkiem.

Jesienią 2009 Ceci przewróciła się nieszczęśliwie i złamała sobie żebra, kość biodrową i kilka innych drobiazgów. Pogotowie zabrało ją do szpitala, po czym odwiozło po zrobieniu i analizie zdjęć; miała leżeć w domu i się zrastać. Problem w tym, że mnie nie było 10 godzin w domu, Markiz też pracował, a ktoś powinien mieć na nią baczenie w okresie zrastania i zdrowienia. Po wielu poszukiwaniach udało nam się umieścić Ceci w Domu Pogodnej Starości prowadzonym przez zakonnice, 5 minut samochodem od nas.
Zostałam sama ze zwierzakami, ale z dużą Alissą czułam się spokojna w naszym domu. Z Ceci byłam w ciągłym kontakcie, prawie codziennie ją odwiedzałam. Siostry troskliwie się nią zajmowały i kiedy potrzeba organizowały wizyty lekarza. Ceci była też wożona na oględziny swoich złamań.

W międzyczasie zorganizowaliśmy malowanie i przemeblowanie pokoi Ceci. Alissa była bardzo zadowolona, że tyle rodziny się najechało. Była to dla Panny Psicy miła odmiana po samotnych dniach spędzanych bez Ceci, Piesio bowiem, jak przystało na ciepluszka, spędzał dnie w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz