Gdy
Alissa zaczęła się już normalnie poruszać, wznowiła swoje rundy przed domem.
Wydeptywała też trawę przed swoją budą, więc zdecydowałyśmy zrobić jej tam
chodnik. Był to ok. 8-mio metrowy i
szeroki na 30 cm łuk z kostki ułożony przez zaprzyjaźnionego Ukraińca – Wołodię.
Był ułożony tylko na piasku, jak to kostka i nie było potrzeby zabezpieczać go
cementem. Pamiętam, że wtedy Trybunał Konstytucyjny wydał jakieś sensowne
orzeczenie i Tata nazwał ten chodnik Aleją Trybunału Konstytucyjnego. Alissa
zdawała się doceniać zaszczyt biegania po takiej znamienitej alei.
Piesio przez pierwsze
miesiące swojego pobytu na naszej działce zajmował się wygrzebywaniem
zakopanych przez Alissę w ciągu minionych lat kostek cielęcych, które jej
kupowałyśmy żeby wzmocnić jej klapnięte lewe ucho. Alissa nie była
zainteresowana znaleziskami. Maluch więc rozprawiał się z nimi sam.
Na spacery chodziliśmy
teraz w czwórkę: Alissa, Piesio, Kumpel i ja. Piesio na ogół wysuwał się na
pozycję przywódcy. Alissa nie dbała o to.
Piesio dumnie nosił w zębach moją szpicrutę, dopóki jej nie złamał i nie
pogubił.
W lecie złożyła mi wizytę
koleżanka z byłej pracy, mieszkająca w USA i robiłam jakieś zdjęcia: Ela,
Alissa i mały Piesio. I dopiero oglądając te zdjęcia po jakimś czasie
zauważyłam, że Alissa ‘posunęła’ się w latach. Tak to przynajmniej wyglądało na
zdjęciu. Mordka jej już nie była mordką młodego psa, a przecież miała dopiero 6
lat i była panią w średnim wieku…. Nie wiem, czy ta operacja i ból związany z
dysplazją stawu biodrowego, tak bardzo ją postarzyły, ale wydawała się już
starszawą sunią.
Wyrychtowałam sobie stary
rower ‘Junior’, na którym uczyłam się jeździć w wieku 7 lat i wymyśliłam sobie,
że będę wojażować po polach w towarzystwie moich dziewczyn. Ale nie wyszło, bo
Alissa bardzo się męczyła, a gdy ją zostawiałam i zabierałam tylko Piesio,
siedziała przy ogrodzeniu i skomliła żałośnie, więc zrezygnowałam z roweru.
Kiedyś w trakcie powrotu z
pól, gdy już byłyśmy na rodzinnych polach, suka wilczyca wyskoczyła przez
otwartą bramę z mijanego domu i bez uprzedzenie rzuciła się na Alissę. Panna
Psica zaatakowana niespodziewanie od słabszej (lewej) flanki znalazła się na
grzbiecie, a wilczyca Tara sięgała jej zębami do gardła. Po pierwszym momencie
osłupienia, z wrzaskiem rzuciłam się w sukurs mojej suni. Złapałam wilczycę za
skórę na karku i zaczęłam ją odciągać od Alissy (później sobie przypomniałam,
że uszy byłyby wrażliwsze). Nie wiem, na
ile zdałyby się moje bohaterskie wysiłki, gdyby nie właściciel wilczycy, który
podbiegł do nas i oderwał wściekłą agresorkę od mojej suni. Sumitował się, a
jakże…
Przez długi czas później
chodziłam na spacery z psami z dość grubym kijem i marzyłam, żeby Tara nawinęła
mi się pod niego.
W pewnym czasie
zauważyłyśmy, że Alissa strasznie dyszy po spacerach i zaczęłyśmy ją
obserwować. Rzeczywiście, bardzo się męczyła nawet po przebiegnięciu kilku rund
w ogrodzeniu. Wizyta w Lecznicy i badanie przez Vetów ujawniły
prawdopodobieństwo choroby serca. Ponieważ Alissa nie jeździła samochodem i nie
mogłam jej zawieźć do psiego kardiologa, Doktorostwo zaprosili na kawę swoich
przyjaciół, którzy przyjechali z aparaturą, żeby zbadać sunię.
Po EKG, pani Doktor
Kardiolog poprosiła o odprowadzenie Alissy do domu, żeby się nie denerwowała i
sama w tym czasie zaczęła robić obliczenia.
Gdy wróciłam, miałam już
gotowe recepty z dawkami stosownymi do wielkości i wieku mojej Panny Psicy.
Alissa miała brać leki, jakie brała moja Babcia na swoje serce w wieku 70 lat.
Gdy opowiadałam moim
koleżankom z pracy o tym badaniu, jedna z nich (która też cierpi na chorobę
serca), poprosiła:
- Daj mi proszę namiar na
tego kardiologa. Ja sama chciałabym, żeby mój lekarz potraktował mnie z taką
atencją, jak twoją sukę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz