poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Alissa I - c.d.





Gdy Alissa zaczęła się już normalnie poruszać, wznowiła swoje rundy przed domem. Wydeptywała też trawę przed swoją budą, więc zdecydowałyśmy zrobić jej tam chodnik. Był to ok. 8-mio metrowy i szeroki na 30 cm łuk z kostki ułożony przez zaprzyjaźnionego Ukraińca – Wołodię. Był ułożony tylko na piasku, jak to kostka i nie było potrzeby zabezpieczać go cementem. Pamiętam, że wtedy Trybunał Konstytucyjny wydał jakieś sensowne orzeczenie i Tata nazwał ten chodnik Aleją Trybunału Konstytucyjnego. Alissa zdawała się doceniać zaszczyt biegania po takiej znamienitej alei.

Piesio przez pierwsze miesiące swojego pobytu na naszej działce zajmował się wygrzebywaniem zakopanych przez Alissę w ciągu minionych lat kostek cielęcych, które jej kupowałyśmy żeby wzmocnić jej klapnięte lewe ucho. Alissa nie była zainteresowana znaleziskami. Maluch więc rozprawiał się z nimi sam.

Na spacery chodziliśmy teraz w czwórkę: Alissa, Piesio, Kumpel i ja. Piesio na ogół wysuwał się na pozycję przywódcy. Alissa nie dbała o to.  Piesio dumnie nosił w zębach moją szpicrutę, dopóki jej nie złamał i nie pogubił.

W lecie złożyła mi wizytę koleżanka z byłej pracy, mieszkająca w USA i robiłam jakieś zdjęcia: Ela, Alissa i mały Piesio. I dopiero oglądając te zdjęcia po jakimś czasie zauważyłam, że Alissa ‘posunęła’ się w latach. Tak to przynajmniej wyglądało na zdjęciu. Mordka jej już nie była mordką młodego psa, a przecież miała dopiero 6 lat i była panią w średnim wieku…. Nie wiem, czy ta operacja i ból związany z dysplazją stawu biodrowego, tak bardzo ją postarzyły, ale wydawała się już starszawą sunią.

Wyrychtowałam sobie stary rower ‘Junior’, na którym uczyłam się jeździć w wieku 7 lat i wymyśliłam sobie, że będę wojażować po polach w towarzystwie moich dziewczyn. Ale nie wyszło, bo Alissa bardzo się męczyła, a gdy ją zostawiałam i zabierałam tylko Piesio, siedziała przy ogrodzeniu i skomliła żałośnie, więc zrezygnowałam z roweru.



Kiedyś w trakcie powrotu z pól, gdy już byłyśmy na rodzinnych polach, suka wilczyca wyskoczyła przez otwartą bramę z mijanego domu i bez uprzedzenie rzuciła się na Alissę. Panna Psica zaatakowana niespodziewanie od słabszej (lewej) flanki znalazła się na grzbiecie, a wilczyca Tara sięgała jej zębami do gardła. Po pierwszym momencie osłupienia, z wrzaskiem rzuciłam się w sukurs mojej suni. Złapałam wilczycę za skórę na karku i zaczęłam ją odciągać od Alissy (później sobie przypomniałam, że uszy byłyby wrażliwsze).  Nie wiem, na ile zdałyby się moje bohaterskie wysiłki, gdyby nie właściciel wilczycy, który podbiegł do nas i oderwał wściekłą agresorkę od mojej suni. Sumitował się, a jakże…
Przez długi czas później chodziłam na spacery z psami z dość grubym kijem i marzyłam, żeby Tara nawinęła mi się pod niego.



W pewnym czasie zauważyłyśmy, że Alissa strasznie dyszy po spacerach i zaczęłyśmy ją obserwować. Rzeczywiście, bardzo się męczyła nawet po przebiegnięciu kilku rund w ogrodzeniu. Wizyta w Lecznicy i badanie przez Vetów ujawniły prawdopodobieństwo choroby serca. Ponieważ Alissa nie jeździła samochodem i nie mogłam jej zawieźć do psiego kardiologa, Doktorostwo zaprosili na kawę swoich przyjaciół, którzy przyjechali z aparaturą, żeby zbadać sunię.
Po EKG, pani Doktor Kardiolog poprosiła o odprowadzenie Alissy do domu, żeby się nie denerwowała i sama w tym czasie zaczęła robić obliczenia.
Gdy wróciłam, miałam już gotowe recepty z dawkami stosownymi do wielkości i wieku mojej Panny Psicy. Alissa miała brać leki, jakie brała moja Babcia na swoje serce w wieku 70 lat.

Gdy opowiadałam moim koleżankom z pracy o tym badaniu, jedna z nich (która też cierpi na chorobę serca), poprosiła:
- Daj mi proszę namiar na tego kardiologa. Ja sama chciałabym, żeby mój lekarz potraktował mnie z taką atencją, jak twoją sukę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz